Internetowa Gazeta Festiwalu Filmowego Watch Docs. Prawa Człowieka w Filmie
Blog > Komentarze do wpisu
Trudna podróż do prawdziwie wolnej Ameryki


fot. watch docs

Kursowy autobus na trasie z Nowego Jorku na południe. Czy to na tyle ciekawe i niecodzienne, żeby stać się tematem filmu? Dlaczego ten przejazd okaże się punktem zwrotnym w historii społecznej USA? Mamy rok 1961, a część pasażerów jest czarna.

W filmie „Freedom Riders” poznajemy grupę kilkunastu aktywistów, którzy chcą zwrócić uwagę opinii publicznej na dyskryminację swojej mniejszości. Decydują się na desperacki, choć z pozoru banalny krok – wsiadają do długodystansowego autobusu jadącego na dalekie południe, do Nowego Orleanu. Na efekty swojej prowokacji nie muszą długo czekać. Pojazd zostaje zatrzymany na trasie, doszczętnie spalony, a oni cudem unikają śmierci. Jeden z działaczy wspomina, jak po wydostaniu się z autokaru został zapytany o samopoczucie. – W porządku – odpowiada i w tym samym momencie zostaje uderzony kijem bejsbolowym. Ranni, którzy trafiają do szpitala, zostają z niego szybko wyrzuceni, w obawie przed dalszymi atakami.

Dokument opowiada o czasach segregacji rasowej i braku powszechnego prawa głosu czarnych w USA; zwłaszcza w południowych stanach: Alabamie, Missisipi, Georgii. Dodatkowo w tym czasie Ku Klux Klan, napiętnujący czarnych, ma poparcie społeczeństwa, policji i polityków na najwyższych szczeblach. Pokojowi manifestanci, tytułowi jeźdźcy wolności, są podczas swojej podróży brutalnie napadani przez rasistowskie grupy, działające w porozumieniu z miejscową władzą, wręcz przez nią wspierane. – Pobiegłam do szeryfa prosząc, żeby nas ratował, bo zabiją mojego męża – wspomina uczestniczka wydarzeń. – Wykopał mnie. Inny człowiek, będący w tamtych czasach na wysokim stanowisku opowiada, jak Ku Klux Klan dostał od organów porządkowych 15 minut na rozprawienie się z aktywistami, z zapewnieniem, że do tego czasu policja nie zareaguje, a nikt nie zostanie ukarany. – Jakiś facet miał widły. Jedyne co pamiętam, to że dostałem w głowę drewnianą skrzynką – wspomina jeden z bohaterów filmu.

Do aktywistów dołączają m. in. czarnoskórzy studenci z Nashville, którzy, chociaż są często pierwszym uczącym się pokoleniem w swoich rodzinach, jedyną ich nadzieją, chcą poświęcić się walce o prawa mniejszości. – Dzień przed wyjazdem wszyscy spisaliśmy testamenty. Wiemy, że ktoś zginie, ale nie możemy pozwolić, żeby przemoc zdominowała pokój. – mówi wtedy Diane Nash. W ruch angażuje się coraz więcej osób. Dochodzi do sytuacji, w których czarni podróżni wchodzą do autobusów, a kierowcy w tym samym czasie je opuszczają. – Tysiące ludzi czekają na was za miastem. Jesteście jeźdźcami wolności, ja nie, nie poprowadzę autobusu – tłumaczy jeden z nich.

Podróż wolności dobiega końca w zakładzie karnym w Porchman, gdzie aktywiści zostają zamknięci za zakłócenie porządku. Jedna z aresztowanych dziewczyn wspomina, jak przy przyjęciu do więzienia przeszukiwano im pochwy. Gumowe rękawice, moczone w miednicy z lizolem wędrowały od jednej do drugiej. Starano się udowodnić aktywistom za wszelka cenę, że są nikim. – Nie traktowali nas jak ludzi, ale jak dzikie zwierzęta – mówi inny z „jeźdźców”.

Wydarzenia rozgrywające się w USA nie pozostają bez echa. Wieści o nich obiegają cały świat, docierają za żelazną kurtynę. O przemocy wobec aktywistów można usłyszeć np. w kubańskim radiu. Informacje kompromitują Stany w oczach świata, pokazując, że nie dla wszystkich są one ostoją wolności i sprawiedliwości. W takiej sytuacji rząd kierujący dotychczas bezskuteczne prośby o rozwiązanie problemu do wspierających rasizm gubernatorów poszczególnych stanów, postanawia zadziałać na poziomie federalnym – uruchamia wojsko.

Ogromne poświęcenie „jeźdźców wolności” opłaca się. Uchwalone zostaje prawo desegregacyjne, znikają tablice typu „Waiting room for coloured”, komunikacja publiczna i restauracje stają się dostępne dla każdego. Zniesione zostają prawa zakazujące m. in. mieszanych małżeństw, istnienia wspólnych szkół, promowania równouprawnienia czy nawet korzystania z tych samych podręczników przez przedstawicieli różnych ras.

Film oparty jest na materiałach archiwalnych, których wyszukiwanie zajęło 18 miesięcy. Przeplatane są one ze współczesnymi wspomnieniami bohaterów tamtych wydarzeń, kreując bardzo żywy i realistyczny obraz tej jedynej w swoim rodzaju akcji, która zdeterminowała w dużym stopniu wygląd dzisiejszego USA. Powszechny uśmiech wśród widzów wywołał w czasie projekcji niemal 50-letni fragment wypowiedzi jednego z ówczesnych polityków, mówiącego, że problem rasizmu nie istnieje i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kiedyś w przyszłości doszło nawet do tego, że prezydent USA będzie czarny.

„Freedom Riders” pokazuje fakty dramatyczne i mało znane. – Nikt o tym przedtem nie mówił – twierdzi reżyser.  – Nie znałam tych wydarzeń – mówi jedna z osób na widowni – nigdy nie zastanawiałam się, jak dokładnie doszło do zniesienia segregacji rasowej w USA, a to bardzo ciekawe. Według Stanleya Nelsona, również w Stanach, gdzie wykłada się w szkołach historię ruchu obywatelskiego, chociaż każdy słyszał o Martinie Lutrze Kingu – ikonie ruchu, to jednak inni działacze pozostają nieznani. Swoją drogą, dokument wspomina, że King odmówił uczestnictwa w podróży wolności.

Film jest hołdem dla tych, którzy chcieli poświęcić życie w słusznej sprawie – mówi reżyser. A ten hołd może posłużyć dodatkowo jako lekcja poszerzająca naszą wiedzę o państwie, o którym być może myśleliśmy, że wiemy wszystko, a przynajmniej wiele. Pokazująca, że wolność, nawet w miejscach na świecie najbardziej z nią kojarzonych, nie wzięła się znikąd.

Bartosz Dźwierzyński

Freedom Riders, reż. Stanley Nelson, Stany Zjednoczone 2010, 113 min

sobota, 11 grudnia 2010, domysly

Polecane wpisy